Całkiem niedawno, podczas Europejskich Dni Dziedzictwa, udało mi się odwiedzić Galerię Spada w Rzymie, za jedyne 1 euro. W dodatku nawet nie było straszliwej kolejki. Nie do końca wiedziałam czego się spodziewać, tym bardziej ucieszyły mnie wnętrza pałacu.
Czy można stworzyć dzieło sztuki, które sprawi, że przestaniemy ufać własnym oczom?
Barok w Rzymie właśnie na tym polegał. Artyści nie chcieli już tylko przedstawiać świata – chcieli go przekształcać, iluzjonistycznie otwierać. Ściany miały znikać, sufity miały zamieniać się w niebo, a namalowane postacie wyglądać tak, jakby za chwilę miały wyjść z obrazu. W rzymskich kościołach i pałacach sztuka zaczęła prowadzić z widzem swoistą grę.
Jednym z mistrzów takiego działania był Francesco Borromini, którego architektura pokazuje, że iluzja nie musi być jedynie malarskim trikiem.



Borromini i korytarz, stworzony by zadziwiać
Jednym z najbardziej niezwykłych przykładów architektonicznej iluzji w Rzymie jest słynna galeria zaprojektowana przez Borrominiego w Palazzo Spada. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że mamy przed sobą długi, monumentalny korytarz prowadzący do ogrodu. Kolumny ustawiają się w perspektywie, posadzka zdaje się ciągnąć w głąb, a na końcu widzimy naturalnych rozmiarów rzeźbę Marsa, boga wojny.
Ciekawe jest to, że nawet wiedząc, że to iluzja, naprawdę dajemy się nabrać. W moim przypadku dopiero pokaz wykonany przez pracownika muzeum, który zwyczajnie wszedł do środka, uświadomił mi jak bardzo oszukana została nasza optyka.
Galeria ma w rzeczywistości zaledwie około 8 metrów długości, choć dzięki zastosowaniu perspektywy wygląda na 35 metrową. Borromini zmniejszył kolejne elementy architektury: kwadratowe wzory na podłodze w rzeczywistości są prostokątami zmniejszającymi się, gdy idziemy wgłąb, a kolumny z przodu są o 1,5 metra wyższe niż te w głębi. Podłoga wznosi się ku końcowi galerii, jednocześnie na końcu obniża się wysokość sklepienia. Figura Marsa w rzeczywistości ma zaledwie 60 cm. Wszystkie te zabiegi sprawiają, że mózg odczytuje przestrzeń jako znacznie dłuższą, niż jest w rzeczywistości. Stworzenie takiego wrażenia było możliwe dzięki starannym wyliczeniom proporcji, które poprowadził sam Francesco Borromini z wybitnym matematykiem, ojcem Giovannim Marią da Bitonto.
To niezwykle ważne dla zrozumienia baroku: architektura nie musi być tym, czym wydaje się na pierwszy rzut oka. Borromini nie buduje wielkiej galerii – buduje doświadczenie wielkiej galerii.

Brueghel – krajobraz, wiatr i młyny
Na pierwszym piętrze budynku zostaniemy owładnięci malarstwem wysokiej klasy. Obrazem, przy którym zatrzymałam się dłużej był krajobraz syna Pietera Bruegela Starszego, czyli Jana Bruegela Młodszego. Nazwisko Bruegel obfituje w malarzy – nic dziwnego więc, że łatwo się przy nich pogubić. Ja mam do tej rodziny słabość. Może dlatego, że ich obrazy można oglądać długo i za każdym razem znaleźć w nich nowy szczegół. Nie krzyczą do widza, raczej zapraszają go do środka, ujmują lekko baśniową atmosferą wsi.
W przedstawieniach Brueghela pojawiają elementy niderlandzkiego krajobrazu: pola, drogi, drzewa, zabudowania, ludzie wykonujący codzienne czynności, a także młyny i wiatraki. Młyn nie jest jednak wyłącznie elementem dekoracyjnym. Jest częścią świata, w którym człowiek pozostaje mały wobec żywiołu. Obraz malowany w aurze tajemniczości, a jednocześnie starający się wiernie oddać szczegóły wiejskiego życia.

Tycjan – portret muzyka
Postać patrząca na nas z ram obrazu zachwyca swoim urokiem. Przeczuwamy talent, choć przecież nie słyszymy jego gry. Ritratto di musico – portret muzyka – pokazuje charakterystyczne dla Tycjana zainteresowanie psychologią portretowanej osoby. Twarz nie jest jedynie wiernym odwzorowaniem wyglądu. Staje się miejscem, w którym możemy próbować odczytać charakter, nastrój i osobowość modela.
Tycjan posługuje się kolorem niezwykle subtelnie. Ciepłe tonacje skóry, ciemne ubranie i mocne wydobycie twarzy z tła sprawiają, że wzrok natychmiast koncentruje się na człowieku. Muzyk nie musi wykonywać żadnego gestu. Nie potrzebuje teatralnej pozy. Wystarczy spojrzenie. I właśnie w tym tkwi siła portretu.


Artemisia Gentileschi – Madonna karmiąca Dzieciątko
Mało jest kobiecych imion wśród malarzy z wyższej półki. Ciekawostką społeczno-artystyczną jest na pewno Artemisia Gentileschi. Malarka, nie mając możliwości otwartego korzystania z edukacji artystycznej, uczyła się od swojego ojca, Orazia Gentileschiego, znanego malarza związanego z nurtem caravaggionizmu, dzięki czemu bardzo wcześnie poznała warsztat malarski, pracę ze światłem i silny kontrast światłocieniowy.
W obrazie „Madonna che allatta il bambino” – Madonna karmiąca Dzieciątko – szczególnie interesująca jest bliskość przedstawienia. Maryja nie jest odległą, idealizowaną postacią. Jest tu po prostu matką. Zachwyciło mnie też wydobycie postaci z cienia, skupienie światła – jakby rzucanego reflektorem – na twarzach matki i dziecka.




Sufity to arcydzieła
Ale to, co nas ujmuje w Galleria Spada, to nie tylko oprawione w ramy dzieła. W pewnym momencie warto oderwać wzrok od obrazów i… spojrzeć w górę. I tutaj czeka kolejna niespodzianka. Znajdziemy tu bogato zdobione kasetony, ale również iluzjonistyczne malarstwo oszałamiające formą i bogactwem motywów, dekoracyjne podziały, które sprawiają, że trudno potraktować sufit jako zwykły element konstrukcji budowli.
Lubię ten moment, kiedy podczas zwiedzania orientujemy się, że właściwie całe pomieszczenie jest dziełem sztuki. Patrzymy na obraz, potem na ramę, za chwilę na ścianę, a następnie podnosimy głowę i odkrywamy kolejną warstwę dekoracji.
Jeżeli więc będziecie mieli godzinę lub dwie do zagospodarowania w Rzymie, a nie lubicie gigantycznych muzeów, które przytłaczają ilością eksponatów, to zachęcam do odwiedzenia Galleria Spada. Nie zmęczy swym ogromem, a zachwyci.

Dodaj komentarz